Zaufaj pierwotnie.

zaufaj pierwotnie

Tak to się zwykle zaczyna. Siedzę na schodkach. Koc pod pupą oddziela mnie od zimy i wprowadza w lato, po lędźwiach ślizga się wczesna wiosna. Zawsze mnie tak obmacują te pory roku, jedynie jesień szumi ciepłem pod żebrami. Gdy jesień, zawsze widzę nas w parku za Sejmem.

Siedzę na schodkach i czekam na klangor. Dzień dobry. Chciałabym dojrzeć szarą, dumną sylwetkę między brzozami. On z partnerką. Lubią się ze mną droczyć. Kiedy słyszę, że są nad Małą Kalwą to wsiadam na stary biały rower i pędzę drogą, za każdym razem mając nadzieję, że spadający łańcuch w rowerze ich nie wystraszy, albo, że się swojego tańca nie będą wstydzić.
“Ż” jak żuraw. Chce się Ż.

Gdy tak siedzę, to nie jestem sama. Towarzyszą mi tłumy wrażeń. Zamykam oczy i daję się porwać ciepłym językom słońca. Latem liżą skórę. Wczesną wiosną są bardziej ostrożne. Słyszę jak rośnie trawa. Jak jaszczurki kleją się do rozgrzanego kamienia. Jak synogarlica tnie skrzydłami ciepłe powietrze, dźwigając swój tłusty brzuszek gdy przelatuje między sosną a modrzewiem. Tuż nad moją głową. Zamknięte powieki szybko się rozgrzewają, od środka wszystko jest pomarańczowe. Od środka jestem pomarańczowa i żylasta. Fajna jestem. Szumię zamszowo oddechem, frędzle w nosie zatrzymują pierwszą alergię na pylącą trawę. Kicham, ale wciągam…

Spoglądam na miejsce obok mnie. Nie jest puste. Odwracam wzrok i patrzę na brzozy. Zdecydowanie za wysokie, mieliśmy je przycinać, jak co roku. Nigdy to się nie stało.
Mała, lepka, wczesnowiosenna lewa rączka chwyta mnie za prawego kciuka. Zamykam oczy i próbuję przypomnieć sobie jak wyglądała jej twarz. Okrągła, śniada, letnia. Latem zawsze dużo ciemniejsza od złotych włosów. Taką teraz ją widzę chociaż jest wiosna. Ściska mnie za palucha jakby chciała powiedzieć: “Halo. Jestem.” Na początku udaję, że jej nie widzę. Wiele lat udawałam. Więc kładzie prawą, lepką, wczesnowiosenną rączkę na moim prawym udzie, tuż nad kolanem. Chwila wahania i wspina się na moje kolana. Chwytam ją wpół i wciągam wyżej. Siedzimy i patrzymy się na brzozy. Zdecydowanie za wysokie. Dla niej bardziej zdecydowanie za wysokie niż dla mnie. Bo taka jest malutka i ciepła.

Nie mówimy nic. Głos to zjawisko fizyczne, biegnące fale zgęstnień i rozrzedzeń powietrza. A nasze spotkanie takie nierealne. Nas nie ma przecież tutaj razem, choć o sobie wiemy. I dowiadujemy się właśnie o tym, że warto o sobie pamiętać. Byłam nią a ona jest mną teraz. Czasoprzestrzeń zagięta wspomnieniem, które nie powinno było nigdy się nim stać. Powinno być impulsem, zatrzymanym oddechem, stanem zachwytu. Pauzą. Zaskoczeniem, gdy przeciągasz dłonią po gładkim obrusie i trafiasz opuszkiem na stary okruszek chleba z wczoraj. Albo pyłkiem w oku, mikro włosem, co jak wpadnie to nie boli, ale przypomina Ci, że masz oko. Szybko go lokalizujesz, usuwasz i uśmiechasz się na myśl, że to włos Twojego kociego przyjaciela.
To uważność, która zatrzymuje Cię co jakiś czas i sprawia, że nie pędzisz ale idziesz spokojnym krokiem i masz towarzysza.

I ja tak szłam spokojnie znad jeziora, przeczuwając, że na schodkach usiądę obok niej, a ona mi powie: “Nie bój się. Ja wiem o co chodzi w tym wszystkim, a jak ja wiem, to i Ty wiesz”.

Jedyne co potrafiłam z siebie wycisnąć, było krótkim: “Przepraszam, że o Tobie zapomniałam. Już nigdy Ciebie nie zostawię. Jesteś najważniejsza”.

Wypełniłam jakąś lukę. Jeden brakujący puzzel mniej.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *