Uzbrojona.

NIEczekanie.pl


Sporo czasu zajmuje mi rozmyślanie. Nic nowego, jestem świetnym teoretykiem od lat. Tym razem jednak brak mi na nie czasu więc mój sprytny umysł spycha te myśli do backendu, na frontendzie skupiając się na codzienności.


Zatem dzieje się tak: wpada mi konkretna myśl, teza, spostrzeżenie, stwierdzenie… zwał jak zwał. I puszczam ją by leciała, zajmując się w międzyczasie mnóstwem spraw. Proces toczy się jednak beze mnie, aż niespodziewanie pojawia się odpowiedź. Nie istotne czy słuszna czy nie. Jeśli nie znajduje mojej akceptacji pozostaje w fazie tezy i leci dalej. Proces rozpoczyna się na nowo.

Mniej więcej w ten sposób dotarłam do myśli o systemie obronnym jaki sobie wytworzyłam. Noszę zbroję, pod którą ukrywa się ktoś wrażliwy i delikatny, pełen obaw, że świat go odkryje, czegoś będzie chciał. Na pewno czegoś czego nie będę potrafiła spełnić ani jednocześnie odmówić. Więc się zgodzę, a potem będę tej niechcianej przecież decyzji żałować. Albo zrezygnuję w połowie, co wywoła ogromne poczucie winy i wyrzuty sumienia. Ile razy tak było…

A ta zbroja pozornie chroni, bo to pragnienie uczestniczenia w życiu jest silniejsze. Więc taką zbroję można zdjąć na czas aktywności. Ale to wcale nie oznacza, że ona nie istnieje. Jest jak mundur, który gdy zawiśnie w szafie nie zwalnia ze służby.
Bez tej zbroi zatem jest się połowicznie, niby się uczestniczy, ale jedna noga jest zawsze poza obszarem zaangażowania, by móc w razie czego się wycofać. Ale w razie CZEGO? Czym jest to COŚ? Obawa przed zbyt dużym otwarciem? Nie daj Boże ktoś zobaczy, słabość, wrażliwość, emocje.

I co wtedy?

Wyjdzie na jaw słabość, a ludzie nie lubią słabości, bo to… słabe jest.

Co dalej?

Zostawią, odejdą, porzucą. Jak nie ze względu na słabość to ze względu na oszustwo! Za udawanie!

Więc

Może lepiej się nie angażować… no tak nie do końca. W razie czego będzie można powiedzieć, że w sumie to aż tak bardzo mi nie zależało. Tak wygodniej.

Więc mam taką zbroję, którą noszę również wtedy, gdy myślę o dziecku. Jest bardzo ciężka, non stop daje znać o sobie. Jest tak ciężka, że trud jej dźwigania przesłania przyjemność delektowania się myślą o dziecku. O jego nadejściu. O rozkoszy macierzyństwa. O rodzicielstwie, którego naturalnej przyjemności nie doświadczę, którego biologiczną możliwość mi zabrano, w zasadzie nigdy nie dano.

Ogromny żal nadal w tych słowach, a ja wcale nie chcę tego zmieniać. Mam żal i czuję, że on nie zniknie. Nigdy. Jest częścią zbroi, tej ochronnej konstrukcji, pomógł w jej zbudowaniu, podtrzymuje ją gdzieś w okolicy serca.

Próbowałam zrobić mapę marzeń. Poległam na starcie, na którym umieścić chciałam dziecko. Okazało się, że nie ma tam dla niego miejsca. To znaczy… jest miejsce, tylko broni go rycerz w siermiężnej zbroi.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *