Uzbrojona 2.

nieczekanie.pl


Spod mojej zbroi wystaje spódnica. Przydeptałam ją dzisiaj podnosząc się ze słowiańskiego przykucu. Taka tam gimnastyka z emocjami. Ręka, noga… i tak dalej. Trenuję charakter, wzmacniam spojrzenie, pogłębiam oddech.

Bo oddycham za płytko i zbyt oszczędnie ponoć.


Wstrzymałam ten płytki oddech gdy napotkałam dryfującą z nim myśl…, że się boję. Zapiszczało mi w uszach, osłupiałam. Przecież był na to czas. I to bardzo długi…
Tylko, że będąc w procesie, uczestnicząc w warsztatach, mając znakomitą możliwość dotknięcia każdego rodzącego się w Tobie uczucia, przytulenia niejednej trudnej historii, nie masz nawet sekundy na zrobienie kroku w tył i złapanie dystansu. Działasz, jesteś w tym, masz wsparcie partnera, grupy, psychologów. Płyniesz wartkim strumieniem, a razem z Tobą oczekiwania, nadzieje, odwaga i misja.

Do momentu gdy trafisz na pierwszy kamień. No dobra, kłodę, bo zderzenie z kamieniem pewnie zakończyło by sprawę.

Tylko, że Ja nie trafiłam na kłodę. Ani tymbardziej na kamień. Mnie ta fala niosła wartkim strumieniem wprost do oceanu euforii. Pochłonięta misją nawet nie próbowałam złapać oddechu tylko parłam do przodu przekonana o własnej nieomylności i… znajomości SIEBIE. Nawet na chwilę nie potrafiłam przestać być kandydatem na rodzica adopcyjnego. Zrosłam się z rolą, jak mało doświadczony, początkujący aktor, zamiast spróbować stanąć z boku, przyjrzeć się sobie i swoim uczuciom bezkrytycznie i obiektywnie. Po prostu ogarnąć odważnie realia.

Byłam wtedy – nie po raz pierwszy zresztą – wojowniczką, która coraz ciężej znosiła poklepywanie po ramieniu i górnolotne wywody o szlachetności naszej decyzji. Parłam do przodu odganiając prześladującą mnie absurdalną myśl o tym, że pobudki, które mnie tu przywiodły niebezpiecznie ocierały się o zastępstwo dla rodzicielstwa biologicznego. Wierzyłam w misję, za którą podziwiali nas zachwyceni naszą dobroduszną postawą ludzie.

I co?

Bziańco! Jajco! Lego! Zaczęłam się bać, tak nagle. Teraz kiedy ma zadzwonić telefon. W zasadzie w tym momencie jawi mi się to wszystko jako wydarzenie co najmniej kosmiczne. Upływający czas rozciąga rzeczywistość jak gumę aż w pewnym momencie cała ta niełatwa sytuacja urasta do rozmiarów mitu, legendy, baśni bez happy endu.
Taka ze mnie piczka wojowniczka. A myślałam, że jestem karaluchem nie do zajechania. Bomba atomowa mnie nie zmiecie.

A może by tak złapać byka za rogi i zmierzyć się z tym lękiem, który choć ma wielkie oczy, to jednak nie paraliżuje. Nie wzbudza we mnie wątpliwości, nie nieee… Wręcz odwrotnie. Moje obawy i lęki coraz bardziej wybałuszają gały. Wprost proporcjonalnie do wzrostu mojego przekonania o słuszności wyboru tej drogi. Idą w parze, w jednym rzędzie, zgodni jak bliźniacze rodzeństwo.
Ten lęk generuje kortyzol, wyrzuca adrenalinę do krwi, dopieszcza nadnercza! Mobilizuje i pozwala stanąć na wysokości zadania. Ubiera mnie w zbroję, która zamiast uwierać, jest idealnie dopasowana. To nie zbroja ze średniowiecza, gdzie rdza i otarcia. Będę superbohaterką. Wonder Woman!!! Czekaj… Zaraz… Ona latała na wpół goła chyba…

Cisza…
Oswajam wroga.
Na to nie ma leku. W zamian dostaję czas by się chwilę posiłować ze sobą. Przekabacam siebie na stronę mocy, bo wiem, że ona tam jest.

Odkryłam spódnicę pod moją zbroją gimnastykując się z emocjami.
Odkrycie to arcy przyjemne. Bo ten rycerz, co mi na mapie marzeń miejsca dla dziecka pilnuje… to ja.


Dzień Dobry.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *