sPEŁNIAm się

Publikując ostatni wpis i wybierając do niego obraz nie przypuszczałam, że za kilka tygodni znowu znajdę się nad morzem. Z tą różnicą, że morze, które właśnie mam przed oczami jest spokojne. Szare, sinawe, srebrzyste i spokojne. Sporadyczne i rytmiczne fale liżą i szlifują wyrzucane z elegancją na brzeg kolorowe i obłe kamienie. Cyklicznie i płytko przesuwają się po kremowym piasku wysuwając delikatnie spienione końcówki koronkowych języków. Są prześliczne. Płytkie i klarowne jak szyby w zakładzie szklarskim, nierówno poukładane jedna na drugiej: kolory subtelnie i jednocześnie radykalnie różne. I takie powierzchowne… Powierzchowne jak moje dotychczasowe pragnienia zmian.

A niech te zmiany będą cykliczne. Podejdę do tematu z dystansem, przecież nic na siłę do cholery. Ale kiedy patrzę na Bałtyk, dumny i stalowy od tej zimy niezdecydowanej jak brexit, to wiem, że taki jest ten plan boski. Konsekwentny i w tej cykliczności niezmienny. Powtarzalny do znudzenia.
I dzięki niemu wiem, że Ja tego nie chcę i tym razem tak nie będzie. Z chęcią coś bym sobie zdeklarowała ale to oleję ciepłym moczem. Prosto w ten przybrzeżny piach. Deklaracje do tej pory wykolejały najpewniejsze z pewnych zmian i postanowień “że na zawsze”, “definitywnie”, “tym razem na stówę”. A idź Pan w cholerę. Nie tym razem.

Będę tu spowrotem za parę godzin. Dwadzieścia jeden minut po godzinie dwudziestej, dziesiątego stycznia dwa tysiące dwudziestego roku. I puszczę Cię zmiano w ruch. Bez deklaracji, bez założeń, bez postanowień. Za to z otwartym sercem, pogodzonym z tym z czym gotowe jest się pogodzić na ten piękny moment.

W hotelowym pokoju pisk i szum w uszach zlewa sie z szumem kaloryfera. Zapowietrzył się. Głowa też. Tu na brzegu leczę je szumem fal – podobno jest taka terapia.

CZYTAJ RÓWNIEŻ

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *